- Wszystkiego najlepszego Ryan.
-
Najlepszego stary.
-
Wszystkiego co najlepsze.
Te krótkie, powtarzalne i przewidywalne życzenia padały
jedno po drugim, wzajemnie się zagłuszając
Siedzieliśmy w restauracji u
Barry’ego, świętowaliśmy bodajże 18 urodziny naszego kolegi Ryana. Spotkaliśmy
się niewielką grupką, by w spokoju, bez żadnych kłótni i niepotrzebnych spięć
spędzić czas w miłej atmosferze. Znałam ich wszystkich trochę krócej niż Vivian, moja jakby to powiedzieć
przyjaciółka. Mieszkałam w Kalifornii od niedawna, coś około dwóch tygodni,
jednak udało mi się jakimś cudem tutaj zaaklimatyzować. Wyprowadzka z Los
Angeles nie była ani moim, ani mojej mamy pomysłem. Mój tata dostał tu pracę i
chcąc nie chcąc musiałyśmy się dostosować.
Na czerwonej, skóropodobnej
kanapie siedziałam obok Vivian, która fantastycznie się czuła w towarzystwie
Ryana, Lindsey, Paula i Sama. Ja zaraz po złożeniu życzeń zajęłam się sączeniem
napoju energetyzującego, który zamówiłam dla siebie. Spojrzałam na Ryana,
którego obłapiała blond, szczupła, z dużą ilością makijażu oraz biustem
napompowanym do granic możliwości, siostra Sama – Lindsey. Była zaproszona na
imprezę już z góry, więc nie odzywałam się. Jedynie czułam na sobie jej wzrok
mówiący „odwal się przeciętniaczko od Ryana, przecież wiadomo, że od na mnie
leci”. Szkoda tylko, że Ryan nie był obiektem moich westchnień, nie był nawet w
moim typie. Olałam dziewczynę i zaczęłam rozglądać się dookoła.
Ludzie będący tutaj byli zajęci
sobą i swoimi sprawami. Dało się od nich wyczuć swego rodzaju obojętność,
rozżalenie więc może dlatego swoje prawdopodobne smutki topili w ogromnych
ilościach alkoholu. Barman raz po raz wyciągał zza lady butelkę i polewał
mężczyznom, którzy bez jakiegokolwiek popijania przechylali szkła i opróżniali
je duszkiem. Patrząc na nich wracały do mnie wspomnienia, gdy wchodziłam do
jednej z knajp i widziałam mojego wujka w takim stanie i musiałam go siłą
wyprowadzać, by moja mama nie martwiła się czy coś mu się stało, czy też nie.
Niestety pewnego dnia nie było go w tamtej knajpie, nie było go w domu, był za
to martwy na jednej z ławek. Upił się, śmiertelnie. Od tamtej pory unikałam
alkoholu i wszelakich używek. Przynajmniej się starałam.
Przeniosłam swój wzrok z jednego
końca baru, na drugi. Tam z kolei siedziała grupka, pięcio - może sześcioosobowa
składająca się z samych mężczyzn. Chyba też coś świętowali, bo słychać było
głośnie, niekontrolowane wybuchy śmiechu, wesołe okrzyki i dowcipy. Mężczyźni
bardzo różnili się od tych obecnych na drugim końcu. Wszyscy byli ubrani na
czarno, może ubierali się w tym samym sklepie, wytatuowani co najbardziej
przykuwało spojrzenia, byli też posiadaczami naprawdę ciekawych fryzur,
oczywiście wiadomo w jakich kolorach. Podobał mi się taki styl, choć sama byłam
szarą myszką i na początku mojego pobytu tutaj nie chciałam się zbytnio
wyróżniać. Pragnęłam zmienić swoją garderobę, powyrzucać wszystkie ciuchy i
zaopatrzyć się w ubrania koloru czarnego i dodatki wypełnione ćwiekami.
Westchnęłam pod nosem, lecz nie
podpuściłam, nadal im się przypatrywałam. Jeden z nich chyba poczuł, że ich
obserwuję, bo chwycił w dłoń kufel z piwem i odwrócił głowę w moją stronę.
Siedział zbyt daleko bym mogła przyjrzeć się jego twarzy , jednak w świetle
lamp wiszących nad bardem zalśniły dwa kolczyki umiejscowione w wardze, jeden
był w nosie, a w uszach widoczne były niewielkie tunele. Chłopak, a raczej
mężczyzna delikatnie się do mnie uśmiechnął i uniósł szkoło trzymane w dłoni. Odpowiedziałam
tym samym, uniosłam puszkę z napojem, ale po chwili poczułam, że się rumienię
więc na chwilę odpuściłam. Popatrzyłam na kolorową puszkę, którą trzymałam i po
chwili rzuciłam szybkie spojrzenie w jego stronę by upewnić się, że wrócił do
rozmowy z kumplami, ale jednak tego nie zrobił. Nadal patrzył w moją stronę i
posłał następny, onieśmielający uśmiech.
Uśmiechnęłam się pod nosem i
opuściłam głowę, po czym z uśmiechem na twarzy wbiłam wzrok w moje udo. Vivian
szturchnęła mnie lekko, wyrywając za razem z rozmyślań o nieznajomym.
-
Na kogo tak się gapisz? – Zapytała przez prawie zaciśnięte zęby.
-
Na nikogo. - Odparłam i po raz ostatni popatrzyłam w tamtą stronę, lecz
mężczyzna już był odwrócony.
-
Carmen, może coś mocniejszego chcesz? – Zapytał Paul i wstał ze swojego
miejsca.
-
W sumie napiłabym się, ale idę z Tobą. – Odparłam i po chwili już szłam z
kolegą do baru, przy którym siedzieli mężczyźni. Serce zaczęło mi bić trochę
mocniej, ale dlaczego sama nie wiedziałam.
-
Barman! – Zawołał Paul.
-
A może by tak grzeczniej? – Upomniałam kolegę. – Przepraszam, mógłby Pan nas
obsłużyć? – Zwróciłam się do rozbawionego barmana, który odszedł od tej
interesującej grupki, która również zareagowała śmiechem.
-
Słucham?
-
Dla mnie Krwawą Mary, a dla koleżanki…. Właśnie, co Ty chcesz?
-
Piwo. – Odpowiedziałam zdecydowanie.
-
Jakie?
-
Carlsberg. – Wypowiedziałam nazwę trunku i popatrzyłam na Paula. – Masz ognia?
– Zapytałam i wyciągnęłam z kieszeni jeansów paczkę papierosów.
-
Ja mam. – Usłyszałam męski, niski głos. – Jeśli poczęstujesz mnie papierosem to
dostaniesz ognia i towarzysza. – Całkowicie odwrócił się w moją stronę
mężczyzna, który wcześniej się mną zainteresował.
-
Palę Malboro, mogą być? – Zapytałam i stanęłam twarzą w twarz z nieznajomym.
Teraz mogłam się mu dokładnie przyjrzeć.
Spoglądał swym zielonym wzrokiem
w moje oczy, przeszywając mnie całą do tego stopnia, że poczułam przechodzące
przez plecy dreszcze. Nie potrafiłam zerwać z nim kontaktu wzrokowego, dlatego
uśmiechnęłam się i wyciągnęłam dłoń w jego stronę, by mu się przedstawić. Z
jego wykolczykowanych ust dobiegło imię Nathan . Wypowiedziane w taki sposób, w
taki cholernie seksowny, w połączeniu z tym tajemniczym, pełnym pożądania
spojrzeniem sprawiły, że momentalnie zmiękły mi nogi, ale nie chciałam dać tego
po sobie poznać. Poprosiłam Paula, żeby zabrał moje piwo do stolika, a sama
wyszłam w towarzystwie Nathana.
Usiedliśmy na murku, który
znajdował się przy parkingu na terenie knajpy. Poczęstowałam mężczyznę
papierosem, a sama po chwili włożyłam jednego z nich do ust. Nathan przysunął odpaloną
zapalniczkę do mojej twarzy i zaciągnęłam się szczypiącym dymem. Wypełnił każdą
szczelinę i pęcherzyk moich płuc, czułam to i to bardzo dobrze. Nathan wypuścił
dym ze swoich ust, który po chwili zmieszał się z lekko powiewającym wiatrem i
popatrzył na mnie.
-
Chyba nie jesteś stąd, co nie?
-
Nie, przeprowadziłam się tutaj z rodzicami z Los Angeles.
-
Fajnie.
-
Co w tym fajnego? – Zdziwiłam się trochę, a nawet bardzo.
-
Nowe miasto, nowi ludzie, nowe życie. – Odpowiedział i usiadł obok mnie.
-
Wiesz co, wolałabym mieszkać nadal z Los Angeles, niż tutaj. Nie twierdzę, że
jest tutaj źle, bo jeszcze dobrze nie znam miasta i w sumie nikogo tu nie znam.
No przepraszam, mam Vivian, ale to nie to samo. Ona ma mnie za najlepszą
przyjaciółkę na zawsze, a znamy się zaledwie tydzień. Trochę mnie to krępuje,
gdy gada o swoich problemach i tak dalej.
– Zaciągnęłam się papierosem. – Tęsknię za swoimi przyjaciółmi z LA. Z
nimi miałam mnóstwo wspólnego, chodziliśmy na imprezy, koncerty, a tu? Vivian i
ja jesteśmy kompletnymi przeciwieństwami. Ona woli Niki Minaj, Justina Biebera,
One Direction i tego typu artystów, a ja z kolei Iron Maiden, Guns N’ Roses i
Avenged Sevenfold Nie mogę z nią pogadać o prawdziwej muzyce, tylko ciągle
wysłuchuję jaki to Justin nie jest męski, albo Liam czy tam Louis cudowny i
wspaniały. – Powiedziałam, przy ostatnim zdaniu przewracając teatralnie oczami.
-
Współczuję Ci. – Zaśmiał się. – No ale gust muzyczny to masz świetny, trzeba
przyznać.
-
Dzięki. – Odparłam.
-
Wyglądasz bardzo młodo.
-
Bo jestem bardzo młoda. – Odparłam śmiejąc się przy tym. – Chyba, że
siedemnaście lat, to dla Ciebie dużo.
-
O kurwa. – Popatrzył na mnie bardzo zaskoczony, a papieros o mało co nie wypadł
mu z ust. – Nie spodziewałem się tego. W sensie tego, ile masz lat.
-
Widzę po Twojej twarzy, że się nie spodziewałeś. – Zaśmiałam się, biorąc
ostatniego bucha. – A Ty ile masz niby lat?
-
W tym roku, dokładnie za trzy dni skończę 32.
-
O kurwa. – Tym razem to ja bardzo się zdziwiłam. – Nie wyglądasz na tyle.
-
To miłe, ale to czasami widać.
-
Ja tego nie widzę
-
Dobra, nie ważne. – Chciał jak najszybciej skończyć tą dyskusję. – Zadam Ci
pytanie.
-
Słucham.
-
Wpadniesz na imprezę? W sensie na moje urodziny?
-
Mówisz poważnie? – Zapytałam dla pewności, bo nie byłam pewna, czy dobrze
usłyszałam. - Chcesz świętować z taką gówniarą, którą znasz zaledwie. –
Popatrzyłam na zegarek w telefonie. – 7 minut?
-
Wiek to tylko liczby. Poza tym sama mówiłaś, że wolisz się obracać w
towarzystwie osób, z którymi masz więcej wspólnego.
-
A skąd możesz wiedzieć, czy mamy coś wspólnego?
-
Ty palisz, ja palę. Ty słuchasz ciężkiej muzyki, ja też, więc co tu dużo mówić.
– Zaśmiał się, przy czym ukazał mi się rząd idealnie równych i białych zębów.
-
Faktycznie mamy mnóstwo wspólnego. – Zeszłam z murku i naciągnęłam czarną
bluzę. – A z tym zaproszeniem, to muszę się zastanowić.
-
No w sumie nie dziwię się. 32 letni facet zaprasza Cię na swoje urodziny, po
zaledwie siedmiu minutach znajomości. – Uśmiechnął się. – Ale jakbyś jednak
chciała to jutro możemy się spotkać i dasz mi znać.
-
W sumie po szkole nie mam co robić, to możemy spotkać się tutaj.
-
Albo po prostu dam Ci swój numer i napiszesz mi sms.
-
No dobrze, chociaż trochę się boję.
-
Mnie? – Zdziwił się. – Przecież straszny nie jestem.
-
Nie, nie o to chodzi. Po prostu Cię nie znam, a mi składasz takie propozycje.
-
Masz rację, przepraszam. – Przyznał mi
rację.
-
Nie musisz przepraszać. – Uspokoiłam go i chwyciłam za klamkę. – Idziemy?
-
Jasne.
Weszliśmy do chłodnego pomieszczenia. Tak jak poprzednio, w
środku było i wesoło, i smutno jednocześnie. Nathan poszedł do swoich kolegów,
a ja poszłam do Paula, Lindsey i reszty.
Nadal nie mogłam otrząsnąć się z
wieści, że jestem zaproszona na urodziny kompletnie nieznanego mi mężczyzny.
Nie wiedziałam jak się zachować, co powiedzieć, dlatego odpowiedziałam, że się
zastanowię. Jednego byłam pewna. Że pójdę na tą imprezę. W końcu nikogo tutaj
nie znałam, Nathan wydawał się być bardzo miłą osobą, nie wiedzieć czemu
wzbudził we mnie zaufanie, więc chciałam zaryzykować. Musiałam jeszcze przemyśleć w co się ubrać i
co mu kupić. Nie znałam go, więc to była największa trudność.
-
Carmen, żyjesz? – Zapytał Ryan, przyglądając mi się dziwnie.
-
Tak, żyję.
-
Co to za koleś? – Zapytała Vivian.
-
Jaki koleś?
-
Ten z którym wyszłaś. – Jęknął Sam, kiwając głową w stronę Nathana i jego kolegów.
-
Nie Twoja sprawa. – Burknęłam pod nosem. Zabrałam swoją torebkę, wzięłam łyk
piwa i podniosłam się z miejsca. – Ja już idę, bawcie się dobrze.
-
No gdzie Ty idziesz? – Jęknęła Vivian, bawiąc się włosami.
-
Zostań jeszcze. – Prosił Ryan.
-
Zapłacę za siebie. – Olałam prośby towarzystwa i podeszłam do baru. – Chciałam
zapłacić za Monstera i piwo. – Zwróciłam się do chłopaka, który na moje oko
miał 23 lata i obrączkę na lewym palcu.
-
5 dolarów. – Powiedział i wziął ode mnie banknot.
-
Carmen, dokąd idziesz? – Nagle obok mnie jak słup wyrósł Nathan.
-
Do domu. Moi przyjaciele już zaczynają o Ciebie wypytywać. Nie znoszę takiego
czegoś. To nie ich sprawa. – Syknęłam i schowałam czarny portfel do torebki.
Nathan spojrzał raz na nich i głośno się zaśmiał.
- Daj
spokój, przejmujesz się nimi?
- Nie
specjalnie, ale wcinanie się w nie swoje sprawy mnie irytuje.
- Nathan,
może nam ją przedstawisz? – Usłyszałam nagle kolejny męski głos.
- Pierdol
się. – Odburknął mężczyzna i popatrzył mi w oczy tak, jak robił to wcześniej. –
Może Cię odwieźć do domu?
- Mieszkam
naprawdę nie daleko, więc się przejdę. – Odpowiedziałam i ruszyłam w stronę
drzwi.
-
Odprowadzę Cię. – Zaproponował i poszedł za mną.
- Naprawdę
nie trzeba. – Odmówiłam po raz kolejny i uśmiechnęłam się do mężczyzny. – Do
zobaczenia.
- Do jutra.
– Odpowiedział i zamknął za mną drzwi.
Nie oglądając się za siebie, włożyłam do uszu słuchawki i
ruszyłam w stronę swojego domu.
Byłam zszokowana, szczęśliwa i zdziwiona jednocześnie.
Przecież między nami było bagatela 15 lat różnicy, a on potraktował mnie jak
swoją rówieśniczkę, przynajmniej ja miałam takie wrażenie.
Szłam zaciemnioną ulicą,
osamotniona, a w głowie, sercu i słuchawkach grała ukochana muzyka. Ta przy
której zapominałam o swoich problemach, lub przenosiłam się w całkowicie inny
świat. Rozglądałam się dookoła, a dzięki muzyce przywołałam do siebie
wspomnienia sprzed kilku miesięcy, kiedy jeszcze mieszkałam w Los Angeles.
Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, miałam mnóstwo przyjaciół, świetnie mi
szło w szkole, więcej czasu spędzałam z przyjaciółmi niż w domu, a teraz? Mimo,
że mieszkałam w słonecznej Kalifornii, miałam pod nosem plażę i inne atrakcje,
czułam się tutaj bardzo samotnie. Fakt, była przy mnie Vivian, ale nie umiałam
się z nią tak dogadać jak z moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Tęskniłam za nimi.
Uśmiechnęłam się pod nosem i
zaczęłam szukać w niewielkiej torebce papierosów. Cholerny nałóg. Przekopywałam
torebkę do tego stopnia, że oczywiście wypadło mi z niej kilka rzeczy. Między
innymi portfel, perfumy, które na szczęście się nie rozbiły, niewielkie
lusterko, czerwony błyszczyk i
poszukiwane papierosy. Schyliłam się by to pozbierać, kiedy nagle zobaczyłam
kogoś przed sobą. Miałam słuchawki, więc nie słyszałam, że ktoś się zbliżał. Z
przerażenia aż usiadłam na płycie chodnika. Wyciągnęłam słuchawki i odetchnęłam
z ulgą.
-
Chcesz, żebym dostała zawału, albo coś? – Opieprzyłam Nathana, którego
absolutnie się nie spodziewałam.
-
Przepraszam, nie wiedziałem że masz słuchawki w uszach. – Uśmiechnął się i
pomógł mi pozbierać rzeczy. – Czego słuchasz?
-
Imagine Dragons . – Odpowiedziałam i odłączyłam słuchawki, po czym piosenka
zaczęła lecieć bezpośrednio z telefonu.
-
Nie znam zespołu.
-
Ja ich słucham od niedawna i zakochałam się w ich muzyce. – Uśmiechnęłam się –
„Don’t get to close, it’s dark inside.
It’s where my demons hide, it’s where my demons hide”*1. –
Zaczęłam wesoło śpiewać, a Nathan popatrzył na mnie rozbawiony.
-
Ładnie śpiewasz.
-
Coś Ty! Brzmię jak zarzynana owca. – Wyśmiałam go i poczęstowałam papierosem. –
Zapalisz?
-
Nie, paliłem nie dawno i to z Tobą. – Odmówił i wyciągnął mi z ust papierosa. –
Ty też za dużo nie pal.
-
Okej, okej. – Zdziwiłam się i włożyłam papierosa z powrotem do papierośnicy. –
Tak właściwie, to Ty mnie śledzisz?
-
Nie, bo idę do domu i to w tym samym kierunku co Ty.
-
Może się jeszcze okaże, że jesteśmy sąsiadami.
-
Może.
Popatrzyłam na Nathana i chcąc nie chcąc ruszyłam w jego
towarzystwie w dalszą drogę.
Szliśmy bardzo wolnym krokiem, a
właściwie to szliśmy spacerowym tempem. Przez całą drogę rozmawialiśmy o
wszystkim i o niczym. O pogodzie, o zainteresowaniach, o tatuażach, alkoholach,
muzyce i nawet życiu osobistym. Albo Nathan był świetnym aktorem, albo naprawdę
jego życie to totalna plątaniną.
-
Dobrze, że się rozstaliście. – Starałam się go jakoś pocieszyć, bo widziałam,
że wspomnienia o jego byłej dziewczynie trochę go bolały. – Zasługujesz na
kogoś lepszego.
-
Nie jest łatwo wymazać z pamięci 4 lata związku.
-
Ale skoro Twoja dziewczyna robi z siebie dziwkę, ośmieszając przy tym Ciebie to
raczej warto jest kogoś takiego wymazać. – Odpowiedziałam i spojrzałam na jego
smutną twarz. – Ej, nie martw się tak. – Położyłam dłoń na jego ramieniu.
-
Nie martwię się. – Odparł i uśmiechnął pod nosem. – Po prostu czasami cholernie
się cieszę, że z nią nie jestem. Jestem wolny, robię co chcę. Jak chcę to idę
się nawalić, jak chcę to mogę leżeć cały dzień z piwem przed telewizorem i nikt
na mnie nie wrzeszczy. Bycie
singlem to najlepsza sprawa pod słońcem. – Westchnął głęboko.
-
Nathan, „We all need that person, who can be true to you”*2. Pamiętaj.
-
Masz rację, ale po co mam się użerać z kimś, kto wiecznie świeci gołym tyłkiem
I cyckami, których w sumie nie ma.
-
Ale patrz jaka jest oszczędna. Przynajmniej ma na czym prasować. – Wzruszyłam
ramionami, a Nathan wybuchnął niesamowitym, niepohamowanym śmiechem.
-
Jedyny plus tego wszystkiego. – Otarł łzy, które mu poleciały po policzkach. –
A Ty miałaś, lub masz kogoś? Bo nawet nie wiem.
-
Jestem sama.
-
A tam w Los Angeles miałaś kogoś? Przepraszam, że tak wypytuję.
-
Spokojnie, jestem Ci to dłużna. Ty mi opowiedziałeś o…. – Popatrzyłam na niego
tak, by przypomniał mi jak jego była ma na imię.
-
Alice.
-
O Alice, właśnie. Wiedziałam, że coś na A. – Zaśmiałam się. – Nie miałam tam
nikogo. Jestem trochę, a nawet trochę bardzo nieśmiała i nie umiem rozmawiać z
chłopakami.
-
A ze mną normalnie rozmawiasz. – Zdziwił się i w sumie nie dziwiłam mu się.
-
No właśnie też jestem w szoku. Chociaż to może dlatego, że jesteś starszy,
potrafisz ze mną rozmawiać i nie jesteś jak moi rówieśnicy. Bo w sumie to nim
nie jesteś. – Szybko się poprawiłam.
-
Co rozumiesz pod pojęciem, że potrafię z Tobą rozmawiać?
-
Nie gadasz ze mną tak, jak teraz młodzież. Swag, yolo i tym podobne.
-
Już rozumiem. – Uśmiechnął się do mnie.
-
To tutaj. – Zmieniłam temat i zatrzymałam się przed chodnikiem, prowadzącym do
mojego domu.
-
No to jesteśmy sąsiadami. Ja mieszkam tam. – Wskazał palcem budynek prawie
naprzeciw mojego.
-
Nieźle. – Uśmiechnęłam się. – Dziękuję, że mnie jednak odprowadziłeś.
-
Nie ma sprawy. – Odparł i włożył dłonie do kieszeni czarnych, trochę obcisłych
spodni. – Może jutro do mnie wpadniesz? Na kawę albo papierosa. I przy okazji
dasz mi znać co z tymi urodzinami.
-
Na to drugie, bo kawy nie pijam. Mam nadzieję, że nie jesteś jakimś
gwałcicielem, ukrytym w skórze wspaniałego, miłego i uprzejmego sąsiada? –
Powiedziałam poważnym tonem, starając się z całych sił nie wybuchnąć śmiechem.
-
Nie, nie musisz się bać. – Uspokoił mnie.
-
To dobrze. – Utrzymałam swoją powagę, jednak po chwili wybuchłam śmiechem. –
Dobra, ja już pójdę. Do zobaczenia.
-
Już drugi raz się żegnamy. – Zauważył. – Ale to nic. Do jutra. – Powiedział i
ruszył w kierunku swojego domu.
Jeszcze przez chwilę stałam na chodniku i odprowadzałam go
wzrokiem. Wzięłam głęboki oddech i również weszłam do domu.
Przekroczyłam próg domu,
zakluczyłam drzwi i starałam się cicho pójść do swojego pokoju na piętrze,
jednak ojciec miał słuch idealny.
-
Carmen, pozwól na moment. – Zawołał tata, a ja już przeczuwałam, że nie będzie
to przyjemna rozmowa.
-
Już idę. – Odpowiedziałam zdejmując bluzę i kierując kroki w stronę salonu.
Pomieszczenie było duże, ale bardzo
przyjemnie urządzone. Karmelowy kolor ścian w połączeniu z jasną podłogą i
klasycznym kominkiem dawał poczucie ciepła i takiej rodzinnej atmosfery. Na
ścianach wisiały obrazy z motywami afrykańskimi, bo rodzice uwielbiali
podróżować. Starodawne, odrestaurowane okna przysłonięte były białymi,
pospinanymi na bokach zasłonami. Jednym kącie stał telewizor, a przy nim dwie
czarne, skórzane kanapy. Między nimi stała stalowa lampa. Ojciec siedział przy
niewielkiej, szklanej ławie, na fotelu, który miał identyczny kolor jak sofy.
Spoglądał na mnie spod byka, więc wiedziałam ,ze rozmowa wcale nie będzie
przyjemna. Usiadłam na kanapie obok mamy i starałam się stwarzać pozory
wyluzowanej.
-
Słucham.
-
Kto to był? – Zadał to pytanie, które przeczuwałam.
-
Znajomy, a dokładniej nasz sąsiad. Mieszka naprzeciwko. – Odpowiedziałam
zgodnie z prawdą.
-
A skąd go znasz? – Zadał kolejne pytanie.
-
Poznałam go w barze, gdzie robiliśmy Ryana urodziny.
-
A skąd on tam się wziął?
-
Był z kolegami. – Odpowiedziałam ze stoickim spokojem.
-
A dlaczego z nim tu doszłaś?
-
Bo gdy wracałam, szukałam kluczy do domu, wszystko mi wypadło z torebki i
pomógł mi to pozbierać, po czym powiedział, że idziemy w tym samym kierunku.
-
Rozumiem. – Stwierdził ojciec. – Proszę, nie zadawaj się z nim. Podejrzanie
wygląda.
-
Skąd możesz to wiedzieć?
-
Ale na pierwszy rzut oka nie wygląda przyjemnie.
-
Sam mi powtarzasz, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie, więc zaprzeczasz sam
sobie. – Powiedziałam w sposób dyplomatyczny.
-
Masz rację, jednak to ja jestem Twoim ojcem i to ja będę trochę decydował o
Twoim towarzystwie dopóki tu mieszkasz.
-
Czyżby brakło Ci argumentów, że zaczynasz mieszać w tą dyskusję swój autorytet?
– Zapytałam poważnie.
-
Tak. – Odpowiedział i zaśmiał się. – Dobra, po prostu uważaj na siebie, jak z
nim gadasz czy coś, dobrze?
-
Spokojnie, nie dam sobie krzywdy zrobić. – Uspokoiłam go i wstałam z miejsca. –
Zawieziesz mnie jutro do szkoły?
-
Nie idziesz jutro, bo musimy pojechać do urzędu pozałatwiać Twoje papiery.
-
No dobrze. – Wzruszyłam obojętnie ramionami. – Mamuś, jak wstaniesz to mnie
obudź.
-
Nie ma sprawy.
-
Do jutra. – Ucałowałam rodziców i poszłam na górę do swojej sypialni.
Znalazłam się w swojej sypialni, w której czekał na mnie mój
kot Kaelthas. Leżał rozłożony na parapecie i wpatrywał się w dal. O dziwo nie
spał. Zdjęłam bluzę, zamieniłam ją na koszulę jeansową i podeszłam do kociaka,
po czym usiadłam na marmurowej płycie i wzięłam kota na kolana. Futrzak wtulił
się w mój brzuch i biust i zaczął głośno mruczeć. Im intensywniej go głaskałam,
tym głośniejsze dźwięki z siebie wydawał. Popatrzyłam w okno.
Było już ciemno. Na dworze
panował spokój. Chociaż to może przez to, że mieszkałam w spokojnej okolicy.
Wpatrywałam się w pobliskie budynki, gdy nagle popatrzyłam na dom Nathana.
Akurat był w ogrodzie ze swoim psem. Widać było, że był szczęśliwy i dobrze się
bawił. Dostrzegłam delikatne światełko, czyli Nathan odpalił papierosa.
Cholernie mu pasował, wyglądał tak męsko, tak seksownie. Sama nie wierzyłam, że
tak pomyślałam, jednak to było prawdą. Otworzyłam okno, by wpuścić do pokoju
trochę świeżego powietrza, Kaelthas zszedł z moich kolan i przeniósł się na
łóżko. Wychyliłam się, by zaciągnąć się świeżym powietrzem. Zrobiłam te dwie
rzeczy na tyle intensywnie, że nie wiedzieć kiedy z kieszeni koszuli, wypadł mi
telefon i spadł na chodnik prowadzący na tył domu.
-
Kurwa! – Krzyknęłam ile sił w płucach.
Jeszcze przez chwilę gapiłam się na chodnik, po czym jak
poparzona wybiegłam na dół, powtarzając w kółko, żeby tylko nic mu się nie
stało.
Wybiegłam na dwór, wbiegłam na
trawę i pośliznęłam się. Leżałam na trawniku, zwijając się z bólu po uderzeniu obojczykiem
o ziemię. Jednak udało mi się, niczym w wojsku doczołgać do chodnika i
pozbierać resztki roztrzaskanego telefonu. Trzymałam w dłoniach resztki
roztrzaskanego Samsunga i po policzkach leciały mi łzy bólu. Przekręciłam się
na plecy, a nade mną stał Nathan.
-
Wszystko w porządku? – Zapytał i kucnął przy mnie.
-
Powiedzmy, że tak. – Ostrożnie się podniosłam. – Nie mów, że wszystko
widziałeś?
-
Widziałem i słyszałem ten piękny krzyk. – Zaśmiał się i pomógł mi wstać. –
Chodź, odprowadzę Cię do domu.
-
Przecież daleko nie mam. Poza tym, ile jeszcze razy chcesz mnie odprowadzać?
-
Tyle ile będzie trzeba. – Zaśmiał się i złapał mnie w pasie i powoli poszliśmy
w stronę tylnych drzwi, które były zdecydowanie bliżej.
- Ty jesteś
jakimś moim aniołem stróżem. – Zaśmiałam się i otworzyłam drugą ręką drzwi. –
Mamo! – Wydarłam się tak samo głośno jak wcześniej. – Chodź, nie bój się. Moi
rodzice Cię chyba nie zjedzą.
- Co jest?
– Zapytała mama i zrobiła wielkie oczy, gdy zobaczyła mnie z Nathanem.
- Wypadł mi
telefon i pobiegłam po niego i na trawniku się pośliznęłam. – Powiedziałam co
się stało i usiadłam na hokerze*3, spojrzałam na Nathana i pokazałam
dłonią miejsce obok mnie. – Siadaj. Mamo, to jest Nathan. Nasz sąsiad i
chłopak, który mnie wcześniej odprowadził.
- Dobry
wieczór, Nathan Seyers. – Przedstawił się i podał mojej mamie dłoń. – Mieszkam
naprzeciwko i…
- Carmen
nam już opowiedziała o panu. Mąż już jej zrobił przesłuchanie. Pierwszy raz
pana widzę.
- Większość
czas spędzam poza…
- Halo, ja
tu cierpię! – Zawołałam, by zwrócić na siebie uwagę mamy.
- No tak. –
Zaśmiał się Nathan i uśmiechnął do mnie.
- Gdzie Cię
boli? – Zapytała mama i kazała mi rozpiąć pierwsze guziki koszuli.
- Lewy
obojczyk. – Syknęłam z bólu, gdy mama mocniej przycisnęła miejsce, którym
uderzyłam.
- Chodź
pojedziemy do szpitala, bo zaczyna Ci to bardzo mocno sinieć. – Powiedziała
mama. – Calvin! Jedziemy.
- Jezu,
dokąd? – Odkrzyknął mamie, najprawdopodobniej z salonu.
- Z Carmen
do szpitala. Chyba złamała obojczyk.
- Boże. –
Jęknął tata, ale po chwili do nas przyszedł. – Dobry wieczór. – Powiedział,
zauważając Nathana.
- To ja już
pójdę. – Speszył się Nathan i wstał z miejsca. – Trzymaj się. Daj mi później
znać co z Twoją ręką. – Wyszeptał mi do ucha. – Na razie.
- Okej. –
Popatrzyłam jak Nathan opuszcza mój dom i sama zostałam z rodzicami. – Możemy
już jechać?
Mama popatrzyła na tatę, zabrała torebkę, poszła po coś do
salonu, a ja poszłam z ojcem do garażu. Bolała mnie ręka niemiłosiernie,
wpadłam w panikę, w myślach męczyłam się myślami, że może złamałam ten cholerny
obojczyk.
Zajęłam miejsce na tylnej kanapie
srebrnej Hondy, tata stał jeszcze przy samochodzie i wypatrywał mamy, której
chyba niezbyt specjalnie się spieszyło. Zagryzałam zęby z bólu, marzyłam by
znaleźć się w szpitalu i dostać coś przeciwbólowego. Choć z drugiej strony
bardzo się bałam tego, co powie lekarz. Cóż.
-
No nareszcie. – Opieprzyłam mamę, kiedy wsiadła do samochodu.
-
Jedziemy, już jedziemy. – Powiedział tata i przekręcił kluczyk w stacyjce.
Szpital. Siedziałam na krzesełku
w poczekalni, podczas gdy rodzice gadali z lekarzem w jego gabinecie. Nie
wiedziałam co tam można było jeszcze obmawiać, skoro lekarz wyraźnie
powiedział, że mam pęknięty obojczyk i muszę na siebie bardzo uważać. Na
szczęście nie była konieczna operacja.
Bawiłam się temblakiem, w którym miałam rękę, co jakiś czas poprawiałam
pasek, który wbijał mi się w kark. Czekanie mnie już wykańczało. Było już
naprawdę późno, bo kiedy spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie wskazówki
pokazywały godzinę 2:33. Powoli już zasypiałam na krześle, oczy mi się kleiły,
a mama jak na złość nie raczyła się zjawić. Mama, bo akurat tata wyszedł z
gabinetu.
-
Długo jeszcze?
-
Szczerze to nie wiem. Powiedziałem mamie, że odwiozę…
-
Jestem. – Wyszła nagle mama. – Możemy jechać.
-
Co tak długo? – Jęknęłam i ruszyliśmy w trójkę do wyjścia.
-
Rozmawiałam z lekarzem co robić, jakby Cię bardziej bolało.
-
No dobra. Do domu?
-
Tak. – Powiedział tata i otworzył przede mną drzwi wejściowe budynku szpitala.
Na zewnątrz było dość ciepło, jednak szału temperatura nie
robiła. Było już bardzo ciemno, a jedyne światło jakie było, to światło latarni.
Wsiadłam do samochodu, oparłam
głowę o szybę. Jeszcze przez jakiś czas myślałam o dzisiejszym spotkaniu z
Nathanem. Byłam zaskoczona, że mam takiego świetnego sąsiada, którego wcześniej
nie widziałam. To było dziwne, ale Nathan był osobą, której szukałam, w sensie
takiej bratniej duszy. Jak na razie był moim aniołem stróżem.
*1
Wers z piosenki Imagine Dragons – „Demons”
*2 Fragment
piosenki Avenged Sevenfold – „Dear God”
*3 Hoker –
krzesło/stołek barowy
Witajcie J To znowu ja ;) Jako,
że jest nowy rok to chciałabym wejść w niego z opowiadaniem ;) Całkowicie nowy
pomysł, opowiadanie raczej dla każdego. Bez względu na to z jakiego fandomu
jesteś J Co ja mogę jeszcze dodać? Tyle, że NAPRAWDĘ LICZĘ NA
KOMENTARZE! Wiecie, że nie znoszę ich braku, bo wtedy nie wiem co poprawić, co
o tym sądzicie itd., więc proszę Was o tak niewiele J No to co; miłego czytania i mam nadzieję, że
zostaniecie ze mną do końca i zaciekawi Was historia Carmen J Buziaki, @Marelajn_